![]() |
|
Zrobione-Zapłacone
Globalny Fajrant
Jeżeli nie zaczniecie szybko
skracać czasu pracy, za kilka lat inni pójdą do przodu, a wy
pozostaniecie krajem przemęczonych, mało wydajnych, źle opłacanych,
sfrustrowanych ludzi. A wtedy nikt was nie będzie chciał w Unii
Europejskiej - mówi Jeremy Rifkin w rozmowie z Jackiem
Żakowskim Jacek Żakowski: Sześć lat
temu we wstępie do "Końca pracy" napisał Pan, że "stworzenie
milionom ludzi nowych szans i społecznych obowiązków w
społeczeństwach pozbawionych tradycyjnego masowego zatrudnienia
będzie najbardziej palącym społecznym problemem nowego stulecia".
Czy dziś by Pan to powtórzył? Jeremy
Rifkin: - Bez najmniejszego wahania. Mimo
wszystkiego, co stało się w pierwszym roku nowego
stulecia? - Może nawet tym bardziej.
Zawsze są ludzie zbędni w procesie tworzenia wspólnego bogactwa,
społecznie upośledzeni, pozbawieni pracy i własnego miejsca w
różnych społecznościach. Ich nieszczęście, frustracja są paliwem
wstrząsów, na których tracą
wszyscy. Każda epoka miała swoich
wykluczonych, którzy czasami zdobywali się na zbiorowy
sprzeciw. - Ale wątpię, by kiedykolwiek
było ich tak wielu. Kiedy pisałem "Koniec pracy" na świecie było 850
milionów bezrobotnych. Dziś jest ich przeszło miliard. Czy pan
potrafi sobie wyobrazić, jaka jest wybuchowa potęga takiego ładunku?
A rośnie coraz szybciej. Bo przyszła
recesja. - Nie tylko dlatego. Zanim
zaczęła się psuć koniunktura, bezrobocie już prawie wszędzie było
niepokojąco wysokie. Poza
Ameryką. - Mogę dorzucić Anglię i
Holandię oraz przejściowe wahania w paru innych krajach. Ale jaki
wniosek pan z tego wyciąga? Taki, że
bezrobocie to nie jest fatum, tylko skutek polityki. Clintonowi
udało się to fatum pokonać. - Na krótką
metę z pewnością. Jednak te lekarstwa, które zastosował Clinton,
mogą przekształcić problem w
katastrofę. Nie ma
katastrofy! - Jest pan tego
pewien? W każdym razie jej nie
widzę. - Miliarda bezrobotnych też pan
gołym okiem nie widzi. Wie pan, na czym polegał amerykański cud
poprzedniej dekady? Dzięki czemu udało się zmniejszyć bezrobocie z
ponad 7 do ledwie 4 proc.? Dzięki
elastyczności rynku pracy, niskim podatkom, nowym
technologiom... - Tak uważa większość
ekonomistów, ale to mrzonki. Naprawdę cały boom odbywał się za
plastikowe pieniądze. To był skutek gwałtownego przyrostu kredytów
konsumpcyjnych. Na początku lat 90. amerykański sektor finansowy
zaczął na wielką skalę emitować karty kredytowe. Wciskali je
każdemu. I Amerykanie zaczęli tych kart używać na potęgę. Powstała
największa w dziejach gorączka zakupów. I co
teraz? - Teraz trzeba porzucić marzenia
o cudach finansowych i zacząć poważnie myśleć o przystosowaniu się
do życia w świecie, który się radykalnie
zmienił. Czyli do życia w
recesji? - Czyli do życia, a nie tylko
do pracy i zarabiania pieniędzy. Ludzie będą mieli coraz mniej do
roboty i muszą się nią inaczej podzielić. Tak jak kiedyś zaczęli
inaczej się dzielić dostępem do ziemi, wiedzy, władzy.
To brzmi ładnie, ale niezbyt
realnie. - Mniej realnie niż podzielenie
się władzą? Mniej realnie niż podzielenie się pracą, które się
dokonało od rewolucji przemysłowej, kiedy czas pracy skrócono z 12
do 8 godzin dziennie? Łatwo było skracać
czas pracy człowieka walącego młotem, dużo trudniej skracać czas
pracy prof. Rifkina. - Teraz pan powie,
że dziś coraz więcej osób pracuje intelektem, a coraz mniej młotem.
To prawda. Przeżyliśmy inwazję nowej technologii, żyjemy w innym
świecie niż dziesięć lat temu. Dlatego za rewolucją technologiczną
musi pójść rewolucja społeczna. Nie unikniemy tego. Możemy tylko
zwiększać napięcie i ból rewolucji, trwając przy mrzonkach, albo ból
zmniejszać, próbując się przystosować do nowych
warunków. Na czym ma to przystosowanie
polegać? - Na tym, na czym polegało
zawsze. Każdy z nowych wynalazków powodował gwałtowny wzrost
wydajności, więc i zdolności produkcyjnych. To oznaczało pojawienie
się wielkich strumieni bogactwa, lecz także nowych obszarów ubóstwa
i prowadziło do napięć społecznych i gospodarczych kryzysów, bo
zaczynało brakować nabywców dla dóbr, których ilość radykalnie rosła
dzięki technologii. Zawsze trzeba było przynajmniej pokolenia, żeby
powstał społeczny czy polityczny ruch zdolny doprowadzić do zawarcia
nowego kontraktu społecznego zapewniającego bardziej równomierne
rozdzielenie bogactwa, przywracającego równowagę na rynku i
umożliwiającego wykorzystanie istniejącego potencjału
gospodarczego. Teraz powtarzamy tę
drogę? - Rok 2001 jest klasyczną
powtórką roku 1928. Z tą różnicą, że my
przeżywamy rewolucję informatyczną i
globalizację. - To nic nie zmienia.
Pojawienie się nowej wielkiej technologii zawsze powoduje nadmierne
inwestycje wywołane euforią. Dzięki niej błyskawicznie powstaje
infrastruktura nadchodzącej epoki. Jednak inwestorzy są zbyt
niecierpliwi, by doczekać krociowych zysków, na które trzeba czekać,
dopóki nowa technologia się nie upowszechni. To może trwać nawet
całe pokolenie. Więc inwestorzy dochodzą do wniosku, że nie mogą
kontynuować inwestycji, które są nierentowne. Strumień pieniędzy
wysycha, a jeśli jednocześnie wysycha strumień kredytów
konsumpcyjnych, to mamy dzisiejszą sytuację. I to jest początek
niepokoju. Początek? -
Tak, bo za Ameryką idzie przecież Wielka Brytania. Dwa lata temu
Brytyjczycy mieli stopę oszczędności ok. 6 proc. Teraz zbliżają się
do zera. Za chwilę będzie radykalny przyrost bezrobocia. Sztuczki
się skończyły. Za rok znów będziemy mieli 7 proc. Amerykanów bez
pracy. A potem jeszcze więcej. Na razie
w Unii Europejskiej bezrobocie nie
rośnie. - Jakie jest bezrobocie w
Niemczech? Jakieś 11
proc. - Myśli pan, że na dłuższą metę
jest to do utrzymania? Nie
wiem. - A ja wiem, że jeżeli nie
zaczniecie inaczej myśleć o gospodarce i rynku pracy, za chwilę
będziecie mieli w Europie 20 proc. A potem może 30... Jaki system
polityczny może to
wytrzymać? Przepowiadał Pan to już
przeszło sześć lat temu i nic strasznego się nie
stało. - Niech pan nie będzie taki
niecierpliwy! Proszę pomyśleć o roku 2010, 2020, 2030... Przez lata
90. udało się przejść dzięki plastikowym pieniądzom i wielkim
inwestycjom na wyrost, za które teraz płacimy. Jak pan chce przejść
następną dekadę? A
Pan? - Ja chcę nakłonić ludzi do
wyciągnięcia wniosków z tego, że tak jak z rewolucją przemysłową
pojawiła się masowa siła robocza, tak wraz z rewolucją informatyczną
jej miejsce zajmuje elitarna siła robocza. Powstają nowe zawody,
produkty i usługi, ale wszystkie one wymagają coraz mniej ludzkiej
pracy i coraz mniejszej elity pracowników. Najtańsza siła robocza
nigdy nie będzie tak tania jak praca inteligentnych maszyn. Dla krajów takich jak Polska
to będzie katastrofa. - A może renesans?
Raczej
nie. - Pan mówi jak moja żona
dziennikarka. Wszyscy dziennikarze wierzą w katastrofę. I może macie
rację. Ale kiedy wszyscy czekają na katastrofę, bardzo trudno jest
sformułować pozytywną wizję. Bo żeby ją sformułować i zrealizować,
trzeba mieć nadzieję. Ale to nie znaczy, że wolno się łudzić, że
"jakoś to będzie". Powtórzy Pan za
Wassilym Leontiefem [wybitnym amerykańskim ekonomistą, laureatem
Nagrody Nobla za rok 1973 - red.], że człowiek pracy podzieli los
konia, którego z gospodarki wyparły
maszyny? - Z pewnością. Ale warto się
zastanowić, czy to jest zła, czy może dobra
wiadomość. Pan wierzy, że może być
dobra? - Sto lat temu Karol Marks
uważał, że w przyszłości nastąpi katastrofa, bo całe bogactwo
przechwycą kapitaliści, którzy zastąpią robotników tańszymi
maszynami. Ale Ford lepiej rozumiał sytuację, bo zdawał sobie sprawę
z tego, że maszyny nie kupią samochodów i czeka go bankructwo, jeśli
robotnicy przestaną przyzwoicie zarabiać. Gdy jedni popadają w
nędzę, inni też na tym tracą, bo nędzarze nie tworzą popytu, a kiedy
nie ma popytu, to nie ma i zysku. A co można
zrobić? - Można na to patrzeć jak na
wyrok śmierci dla naszej cywilizacji, a można w tym widzieć szansę
wyzwolenia. Po raz pierwszy w historii miliony ludzi będą się mogły
niebawem wyzwolić z idiotycznego kieratu, który nie sprawia im
żadnej przyjemności poza przyjemnością z samego zarabiania
pieniędzy. Wolność za cenę głodu to nie
jest wybór, którego ludzie chętnie
dokonują. - Więc mamy pytanie, jak
ludzie wyzwoleni z kieratu mają zdobywać pieniądze.
I co zrobić z depresją ludzi mających
się za co utrzymać, ale nikomu niepotrzebnych, bez
zajęcia. - Daliśmy sobie wmówić, że
człowiek jest tyle wart, ile swojej pracy i wiedzy potrafi sprzedać
innym. Kiedy zapytasz człowieka: "Kim jesteś?", odpowie: "Jestem
robotnikiem" albo "Jestem kelnerem". Człowiek to według tej
definicji właściwie jego zawód. Nawet na nagrobkach ludzie sobie
piszą: "John X - kupiec" albo "Mary Y - nauczycielka". To definicja
naszej tożsamości, którą trzeba zmienić, bo ona wkrótce będzie
bezużyteczna. Porozmawiajmy o Polsce. W
poprzedniej dekadzie przeszliśmy gwałtowną modernizację, mieliśmy
porządny wzrost gospodarczy i radykalny przyrost wydajności pracy, a
ostatnio także radykalnie rosnące bezrobocie. Teraz wzrost
gospodarczy się skończył... - I
bezrobocie rośnie jeszcze szybciej. Co z
tym można zrobić? - Po pierwsze, na
całym świecie zaczęła się recesja. Kiedy dokoła was gospodarka
zwalnia, Polska nie może liczyć na radykalny wzrost. A kiedy nie ma
wzrostu, to musi być coraz więcej bezrobotnych. Zwłaszcza gdy
wydajność pracy tak błyskawicznie rośnie. A
konkretnie? - Mogę powiedzieć, co udało
się zrobić we Francji. Ma Pan na myśli
krótszy tydzień pracy? To oznacza niższe płace i mniejszą
konkurencyjność. - Na początku rewolucji
przemysłowej mieliśmy 72-godzinny tydzień pracy. Potem było 60
godzin, dziś jest około 40. A płace cały czas rosły i
konkurencyjność europejskiej czy amerykańskiej gospodarki też rosła.
Robotnicy w krajach rozwiniętych pracują dziś blisko dwa razy krócej
niż ich dziadkowie sto lat temu i zarabiają wielokrotnie więcej. Ta
droga się sprawdziła, więc trzeba nią
iść. Ale kto za to
zapłaci? - To nic nie kosztuje. We
Francji pierwszą ważną osobistością, która to zrozumiała, był Michel
Rocard - mój przyjaciel, były premier i autor wstępu do francuskiego
wydania "Końca pracy". Razem przekonaliśmy do naszego pomysłu
polityków z lewicy i prawicy. Dzięki niemu udało się ten system
wprowadzić. To znaczy skrócić czas
pracy? - Skrócić, nie zmniejszając
płacy. Za 35 godzin tygodniowo ludzie dostają tyle, ile dostawali za
39. Kto do tego
dokłada? - Nikt nie musi dokładać.
Wszyscy na tym zyskują - pracownicy cztery godziny czasu w tygodniu,
a pracodawcy lepiej wypoczętych i bardziej wydajnych
pracowników. Jednak muszą zatrudniać
więcej ludzi. - To prawda.
Więc koszt produkcji rośnie i
konkurencyjność spada. - To już nie jest
prawda. Różnicę zwraca przedsiębiorstwom budżet w postaci ulg
podatkowych. Czyli traci budżet
rezygnujący z części swoich dochodów. -
Nie. Budżet też zyskuje, bo rośnie wydajność pracy, bo więcej ludzi
ma pracę. Maleją wydatki na pomoc bezrobotnym, a rosną dochody z
podatków, bo ludzie zarabiają i więcej wydają. Budżet w pierwszej
chwili dostaje nieco mniej, ale szybko to sobie odbija. Jednak
własnych rodaków nie udało się Panu
przekonać. - Bo Amerykanie uważają, że
to zbyt radykalne. Oni ciągle wierzą w cud pożyczonych pieniędzy. A
moja propozycja nie jest radykalna. Jest prostą konsekwencją
trwającej przeszło sto lat globalnej ewolucji. Czy myśli Pan, że kraj
przeżywający załamanie finansów i zahamowanie wzrostu może sobie
pozwolić na wybór francuskiej drogi? -
Chyba innej drogi po prostu nie macie. Co
będzie, jeżeli budżet tego nie
wytrzyma? - A jak długo wasz budżet
wytrzyma bezrobocie rzędu 20 proc.? I jak długo wytrzyma je wasz
system polityczny? Wszyscy sobie to
pytanie zadają, ale większość przedsiębiorców uważa, że krótszy
tydzień pracy pogorszy sytuację
przedsiębiorstw. - Może więc trzeba
stworzyć tylko prawną możliwość, żeby w przedsiębiorstwie związki i
pracodawcy mogli wspólnie podjąć decyzję o krótszym tygodniu pracy i
żeby budżet przyznawał odpowiednie ulgi. Ludzie się do tego szybko
przekonają. Jednak siłą napędową "nowej
gospodarki" nie są przecież ludzie, którzy pracują 40 godzin
tygodniowo i co miesiąc dostają pensję na konto. O "nowej
gospodarce" w coraz większym stopniu decydują ludzie, którzy pracują
na własny rachunek. Doradcy, eksperci, drobni przedsiębiorcy. Oni -
tak jak Pan - zawsze będą pracowali więcej niż 40
godzin. - To nie jest oczywiste. W kraju
takim jak Polska, gdzie wszyscy są na dorobku, ludzie przez jakiś
czas pracują bez opamiętania. Ale to nie trwa długo. Ja nigdy nie
pracuję dłużej niż do 17.30 i nigdy nie zaczynam wcześniej niż o 9
rano. A w sobotę pracuję nie więcej niż trzy-cztery godziny. Moja
żona uważa, że to i tak za dużo. Ale każdego roku mam też nie mniej
niż sześć tygodni wakacji. A zatem nie pracuję dużo, lecz mimo to
jestem konkurencyjny. Bo dziś konkurencyjność nie wynika z liczby
przepracowanych godzin, tylko z jakości wytwarzanego
produktu. Sześć albo
siedem. - To niezwykle dużo. Przeciętny
lider biznesu ze swoją maksymalną efektywnością pracuje najwyżej
cztery godziny na dobę. Ale jak mu pan powie, żeby po czterech
godzinach poszedł na spacer, do kina albo do domu, to uzna, że chce
go pan pozbawić posady. To się gdzieś
sprawdziło? - W Ameryce kilkadziesiąt
małych przedsiębiorstw skróciło czas pracy z 40 do 30 godzin
tygodniowo, wciąż płacąc za 40. I żadne z nich na tym nie straciło.
To się po prostu opłaca. Po pierwsze, ludzie lepiej pracują. Po
drugie, zamiast dwóch można mieć cztery zmiany przy tym samym
warsztacie. Jednak to wciąż dotyczy ludzi
pracujących przy zakładowych
warsztatach. - Dzisiaj bez nowoczesnego
warsztatu pracować już się nie da. Dziesięć lat temu menedżer,
architekt, księgowy mieli do pomocy biuro. Teraz mają komputer,
który zastępuje dziesiątki rachmistrzów, kreślarzy. Głównym zadaniem
człowieka staje się twórcze myślenie. Resztę zrobią inteligentne
maszyny. Mam wrażenie, jakbym słuchał
Tofflera albo czytał Lema. - Bo ich
przepowiednie snute 30 lat temu właśnie się spełniły. A tam, gdzie
jeszcze się nie spełniły, spełnią się niebawem. Jeżeli teraz nie
zaczniecie szybko skracać czasu pracy, za kilka lat może być za
późno. Inni będą prędko szli do przodu, a wy pozostaniecie krajem
przemęczonych, mało wydajnych, źle opłacanych, sfrustrowanych
ludzi. Niedawno skróciliśmy czas pracy o
dwie godziny na tydzień i nic się nie
zmieniło. - To za mało. Za dwa lata Unia
Europejska będzie miała 35-godzinny tydzień pracy. A wy znów
będziecie doganiali innych? Zróbcie to już teraz. Skróćcie czas
pracy co najmniej o 10 proc. Zobaczycie, jak wasza gospodarka się
zmieni. Nie można czasu pracy ograniczać
bez końca. - Przekona się pan, że można.
Za pańskiego życia będzie się pracowało 30, a może 20 godzin
tygodniowo. Dokąd? -
Do szarej i czarnej strefy. Mogą kraść, pokątnie handlować,
przystąpić do mafii. Kiedy bezrobocie przekracza pewien poziom, dla
wielu młodych ludzi czwarty sektor staje się pracodawcą najłatwiej
osiągalnym i najatrakcyjniejszym. I to też nie będzie nikogo nic
kosztowało? - To musi kosztować. Na
rzecz trzeciego sektora trzeba się opodatkować. Ale lepiej płacić
legalne podatki na rzecz trzeciego sektora niż nielegalne na rzecz
czwartego. Lepiej płacić za tworzenie kultury niż za pistolety
mafiosów i policjantów. Taniej jest budować, a potem utrzymywać
boiska i domy kultury niż więzienia i komisariaty.
To już trudno byłoby jednoznacznie
wykazać. - Zgoda. Tego się nie da
policzyć, ale to można zrozumieć. Kultura się opłaca, bo żadna
gospodarka nie może sprawnie funkcjonować bez dobrze rozwiniętego
systemu więzi społecznych. I co Pan
od nich słyszy? - Na ogół się ze mną
zgadzają, ale kiedy przychodzi do rozmowy o pieniądzach, zrozumienie
znika. Każdy chce, żeby płacili inni. 20 lat temu pisał o tym
Daniel Bell w "Kulturowych sprzecznościach kapitalizmu". Dziesięć
lat temu napisał to Robert Puttnam w studium włoskiej demokracji.
Kilka lat temu powtórzyli to Francis Fukuyama w książce o zaufaniu i
Benjamin Barber w "Dżihad kontra McŚwiat". Za każdym razem wybuchała
dyskusja. Wszyscy oni są zapraszani na konferencje liderów
biznesu... - I nic z tego nie
wynika... Przynajmniej
niewiele. - Puttnam i Barber wykazali,
że nie ma dobrej władzy bez społecznych więzi. Fukuyama udowodnił,
że bez dobrej więzi społecznej nie może też być dobrej gospodarki.
Jednak żaden z nich nie doprowadził swojego rozumowania do końca, bo
uważają, że kapitał społeczny jest środkiem do budowania gospodarki
albo politycznego ładu. A społeczeństwo nie jest środkiem, lecz
celem. Więc
czego Pan oczekuje? - Uznania, że
gospodarka i polityka są po to, żeby ludzie lepiej
żyli. Jak Pan to sobie
wyobraża? - Trzeba opodatkować
technologię na rzecz społeczeństwa. Im więcej pracy wykonują
maszyny, tym mniejszy sens ma zbieranie podatku od płac. Więc trzeba
wprowadzić podatek od wzrostu wydajności i przeznaczyć go na płace
dla ludzi, którzy będą zatrudnieni w instytucjach trzeciego sektora.
Ze wzrostu wydajności muszą korzystać wszyscy, a nie tylko mała
grupka wielkich inwestorów i nadzorcy maszyn, które wypierają
człowieka z przemysłu. Wyobraża Pan
sobie, co by się stało, gdyby w jakimś kraju wprowadzono podatek od
wzrostu wydajności? Inwestorzy omijaliby ten kraj szerokim
łukiem. - To strachy na niegrzeczne
dzieci. Kiedy zacząłem przekonywać do 35-godzinnego tygodnia pracy,
mówiono to samo. Francja przeżywa dziś boom inwestycyjny, bo
zainwestowała w równoważenie swojej gospodarki. A inwestorzy cenią
sobie stabilną gospodarkę i pokój społeczny. Marnując
masę pieniędzy, które się rozpłyną w dziurawym worku państwowej
redystrybucji. To już przerabialiśmy. Bo w gruncie rzeczy Pan chce
pod nowym szyldem odbudować państwo
opiekuńcze. - Społeczeństwo, nie
państwo. Państwo ma się ograniczyć do zbierania pieniędzy. Wydawać
je muszą organizacje społeczne. Wyobraża
Pan sobie korupcję, która za tym
pójdzie? - Korupcja rośnie wtedy, kiedy
społeczeństwo jest słabe. Kiedy dzieje się coś, co ludzie akceptują,
każdy chętnie dołoży parę dolarów. Przecież tych wszystkich
ogromnych kościołów, które stoją w Warszawie, nie budowano za
państwowe pieniądze. Ludzie na to dali. I będą dawali, jeżeli
zobaczą, że dzięki aktywności trzeciego sektora słabnie czwarty
sektor, a im żyje się lepiej. Jeżeli będą
mieli pieniądze. - To nie jest
konieczne. Bo czym są pieniądze? Są wyrazem pewnego rodzaju relacji
między ludźmi. Pieniądze, które znamy, symbolizują relacje rynkowe.
Ale mogą też być pieniądze symbolizujące relacje społeczne. W
niektórych amerykańskich miastach istnieją już takie "pieniądze
społeczne". Mówimy na nie "time dollars" ("dolary godzinowe").
Człowiek dostaje plastikową kartę, na której koduje się godziny jego
pracy społecznej na rzecz różnych fundacji. To wszystko rejestruje
społeczny "bank czasu". Zaś kiedy ten ktoś potrzebuje pomocy, może
za nią płacić "dolarami godzinowymi". Nie
płacąc podatków. - Za to tworząc więź
społeczną, przełamując bezczynność i samotność. Pan ostrzyże mi
trawnik, ja posiedzę wieczorem z pańskimi dziećmi, a potem razem
pójdziemy na piwo. Czy taki świat się panu nie
podoba? Trochę pachnie
utopią. - A nie pachną utopią wielkie
fabryczne hale, w których nie ma ani jednego człowieka, bo wszystko
robią maszyny? To utopia, która się spełniła. To dlaczego nie mają
się spełnić utopie społeczne? Radykalne wyzwania wymagają
radykalnych odpowiedzi. A może woli pan siedzieć z założonymi rękoma
i czekać, aż bezrobotna większość pozbawiona środków do życia
rozwali cały porządek i cofnie nas o kilka stuleci? Kto? -
Może czwarty sektor? Mafia potrafi wyśmienicie zintegrować lokalne
społeczności i zaprowadzić porządek. To widać we Włoszech, w Rosji,
w Ameryce, w Japonii, w dużej części Ameryki Łacińskiej i pewnie już
także w Polsce. Tylko czy pana zdaniem o takiej integracji te
społeczności marzą? Pewnie
nie. - Jeżeli nie będzie silnej
alternatywy w postaci instytucji społeczeństwa obywatelskiego,
zorganizowana przestępczość ze swoją obyczajowością, ze swoimi
silnymi nieformalnymi więzami, z jasnymi regułami współżycia
zapanuje bez trudu. Pan się tak bardzo martwi o przyciąganie nowych
inwestorów. Myśli pan, że ktoś będzie chciał inwestować w
społecznościach zdominowanych przez mafię? Takie miejsca poważni
inwestorzy omijają naprawdę szerokim łukiem. Pan mówi tak, jakby to była
kwestia racjonalnych wyborów. A przecież nikt Amerykanom, Rosjanom,
Polakom nie zakazuje tworzenia społeczeństwa obywatelskiego. Ludzie
mogą działać w dowolnych wspólnotach. Problem polega na tym, że tego
nie chcą. Wolą poświęcić czas na rozrywkę, konsumpcję i zarabianie
pieniędzy niż na spotkania w towarzystwach śpiewaczych, które tak
chwali Puttnam. Mamy więc problem ze zmianą skali wartości
dominującej społecznie czy nawet globalnie, a jej Pan nie zmieni
ustawą ani prelekcją. - Kiedy ludzie nie
widzą problemu, to ani ustawa, ani prelekcja, ani nawet dziesięć
doskonałych książek nie zmieni ich postępowania. Ale kiedy problem
zaczyna ludziom coraz mocniej doskwierać, to te prelekcje, ustawy i
książki zaczynają się liczyć.
|