Zrobione-Zapłacone
Strona Główna
    

 

WOJCIECH EICHELBERGER

(pierwsza wersja tego tekstu wygłoszona została na konferencji "Wizje ekonomii humanistycznej" pod patronatem Minister Barbary Labudy (kwiecień 2002) , następnie wydrukowana została w "Wysokich Obcasach" z sierpnia 2002. Autor jest cenionym psychoterapeutą, pracuje w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie.)

 

Zarabiać na siebie

Rozwój człowieka w ogromnej mierze jest podróżą od zależności do autonomii. Najbardziej zależni jesteśmy w brzuchu matki, gdy stanowimy coś w rodzaju wewnętrznego organu związanego z jej organizmem powrozem pępowiny, bez szans na samodzielne istnienie. Ta - idealizowana przez poetów i psychoanalityków - poniżająca sytuacja uwiązania do innej osoby trwa niestety po narodzinach, z tym że teraz rolę pępowiny przejmuje pierś, od której - jak wiadomo - też nie łatwo jest się oderwać.

Niezależni genitalni

Cóż z tego, że po roku zaczynają nam rosnąć zęby, skoro nogi odmawiają posłuszeństwa i nie sposób z zębów zrobić jakiegokolwiek użytku, i tak musimy czekać, aż coś nam włożą do buzi. Dopiero po dwóch latach zaczynany poruszać się na tyle dobrze, że możemy rozpocząć zwiedzanie świata i brać do buzi, co się nam żywnie podoba - jeśli tylko nie ma w pobliżu nadopiekuńczej mamy albo babci.
Rozpoczynamy radosny, długo oczekiwany proces separacji od matki, nie wiadomo dlaczego przez łzawych poetów i psychoanalityków nazywany bolesnym i trudnym.
W każdym razie na końcu tego procesu, który nie powinien trwać dłużej niż piętnaście - siedemnaście lat, powinniśmy stać się niezależni, autonomiczni, indywidualni, podmiotowi i genitalni (ten ostatni termin wymyślili psychoanalitycy). Niestety, nic z tego. Okazuje się bowiem, że nawet gdy wszystko poszło dobrze i genitalia mamy na swoim miejscu, to i tak nie mamy szans na samodzielność - bo nie ma dla nas pracy. Wracamy do punktu wyjścia. Znowu nie jesteśmy w stanie przeżyć o własnych siłach. Na nic wieloletnie starania rodziców, abyśmy się nauczyli odpowiedzialnie zarządzać naszym kieszonkowym, by wykształcić w nas nawyk oszczędzania i nauczyć szacunku dla pieniądza zdobywanego ciężką pracą. Nie ma czym zarządzać, nie ma czego oszczędzać, nie ma gdzie i jak zarobić. Ze wszech miar upokarzająca i demoralizująca sytuacja. Wydawać by się mogło, że w równym stopniu upokarzająca i demoralizująca dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Otóż nie. Okazuje się, że jak zwykle kobiety mają gorzej.

Kobieta pod rynną

Gdy mężczyzna jest bez pracy, to wszystko ma ręce i nogi. Nie pracuje - nie dostaje pieniędzy. Tak długo, jak bezrobocie nie jest jego winą, państwo daje mu zasiłki i odkłada na zasłużoną emeryturę. Tymczasem wiele kobiet, świadomie lub nieświadomie, swoje dorosłe życie zaczyna od macierzyństwa i rodziny. Chwała im za to, bo inaczej naród by już dawno wyginął i nie miałby kto wstępować do UE. Ale niestety, te pełne poświęcenia, niedbające o swój interes kobiety, zanim jeszcze zdążą zdobyć zawód i pracę, lądują na utrzymaniu męża lub partnera. Nie mogą się wtedy zarejestrować jako bezrobotne, nikt im nie płaci zasiłków i nie odkłada na emeryturę. Wpadają z deszczu pod rynnę. Z zależności od rodziców w zależność od męża. W dodatku od razu mają ręce pełne tzw. pracy domowej, która nie zalicza im się do emerytury i za którą nikt im nie płaci.

Domowa prostytucja

Dopóki w związku układa się dobrze i istnieje nie tylko wspólnota majątkowa, ale też jakikolwiek majątek - można się czuć w miarę bezpiecznie i radośnie składać w ofierze swoją pracę na ołtarzu rodziny. Gorzej, gdy coś zaczyna się psuć, jest bieda, a w dodatku partner odchodzi, zostawiając kobietę z dzieckiem, śmiesznymi alimentami (jeśli w ogóle), bez środków do życia, bez ubezpieczenia i składki emerytalnej. Jeśli kobieta jest młoda, to może sobie jakoś poradzi, ale co robić gdy partner znika po dwudziestu - trzydziestu latach małżeństwa? Wtedy pozostaje opieka społeczna albo łaska dzieci - jeśli są. Tak czy owak jest ot kolejna forma upokarzającej zależności. Z drugiej strony strach przed nędzą nierzadko sprawia, że kobiety trwają w związkach, które w innych okolicznościach dawno by porzuciły, i zgadzają się na zbyt daleko idące kompromisy, uprawiając to, co same nazywają prostytucją domową.
Wszystko to razem doprowadza do:

  • zahamowania naturalnego procesu rozwojowego kobiety od zależności ku autonomii,
  • pojawiania się licznych objawów nerwicowych, które można określić jako syndrom domowego zniewolenia, tj.: niskiego poczucia wartości, braku szacunku dla siebie, autoagresji, migren, zaburzeń miesiączkowania, zaburzeń łaknienia, osłabienia popędu seksualnego, depresji, bezsenności, bolesności ciała itp.
  • pojawienia się autoagresywnych chorób somatycznych (takich jak nowotwory czy choroby reumatyczne),
  • korozji więzi w relacji z partnerem: on przestaje się starać, "bo ona nie ma gdzie odejść", ona robi zbyt wiele, aby za wszelką cenę utrzymać związek, on traci do niej szacunek, ona zaczyna go skrycie nie znosić itd.

O co im chodzi?

Wbrew marzeniom niektórych prawicowych ideologów i polityków trwałych związków nie da się zbudować na strachu, uzależnieniu i zniewoleniu jednej ze stron. Nie da się obronić rodziny, utrzymując rodziny, utrzymując kobiety w strukturalnej zależności ekonomicznej od mężczyzn. Trwał są tylko związki dwóch niezależnych psychicznie i finansowo podmiotów oparte na wzajemnym szacunku i adekwatnym poczuciu wartości każdego z partnerów. W dodatku tylko takie związki potrafią wyprodukować względnie zdrowe psychicznie, autonomiczne dzieci obojga płci. Ale jak to zrobić, skoro tak wielki procent polskich (i zapewne nie tylko polskich) kobiet ma poczucie, że nie zarabia na siebie. Ogromna większość z nich jest, niestety, całkowicie pozbawiona tego decydującego o poczuciu autonomii, godności własnej i o szacunku innych przywileju, żyjąc w przymusie bycia uzależnionym od innych dzieckiem.
Ponoć sześć milionów polskich kobiet pracuje tylko w domu, drugie sześć milionów twierdzi, że pracuje jednocześnie zawodowo i w domu (co nie oznacza bynajmniej, że są one w stanie samodzielnie się utrzymać), ale - uwaga ! - 38 % tych ostatnich deklaruje, że wolałaby pracować tylko w domu, gdyby warunku na to pozwalały i gdyby nie musiały się obawiać druzgocącego posądzenia o bycie kurą domową. Trwa spór, czy te 38 proc. Jest przy zdrowych zmysłach, czy padło ofiarą syndromu domowego zniewolenia albo też stanowi piątą kolumnę patriarchatu, który - jak ostrzegają niektóre feministki - próbuje utrwalać swoje panowanie, rozważając możliwość jakiejś formy wynagradzania pracy domowej kobiet i uwolnienie jej z odium hańby. Swoją drogą - ciekawe, co by na to powiedzieli psychoanalitycy?

 

                 
                 

 

Dlaczego to robimy ? Jak to robiš na œwiecie Inspiracje Ostatnio Konferencja Kobiecy Fundusz Kryzysowy Nagroda Złotej Szczotki Media o nas Listy od Was Jeœli chcesz nam pomóc Linki English version